Obrzędy pogrzebowe
Obrzędy pogrzebowe

Obrzędy te miały przynieść pomoc w zmaganiu się umierającego ze śmiercią, wyłączyć go z grona żyjących, ułatwić duszy odejście do świata zmarłych. Śmierć naturalna była śmiercią "dobrą". Natomiast ci, którzy zmarli śmiercią gwałtowną, nienaturalną, bez pojednania się z Bogiem i bliskimi, którzy nie poddani zostali rytuałowi opuszczenia świata doczesnego, stawali się demonami zagrażającymi ludziom.

Ludzie przygotowywali się do umierania, do śmierci. Uważano, że człowiek powinien umrzeć w domu, w otoczeniu najbliższych, pojednany ze wszystkimi. Śmierć bliskiego zapowiadało cały szereg znaków. Jeżeli w czasie wieczerzy wigilijnej ktoś z domowników nie rzucał cienia na ścianę, miał umrzeć, również jeśli dym ze zgaszonej świecy szedł w kierunku drzwi zapowiadało to śmierć jednego z domowników. W zwykłe dni, rychłą śmierć zapowiadało wycie psa, który jak wierzono widzi śmierć. Inne znaki to wycie sowy, jęki i wycie za oknem, uderzenia w okno, trzaskanie w kominie, czarny ptak, kopanie dołów na podwórzu przez psa, zgaśnięcie świecy podczas ślubu i chrztu.

O czyjejś śmierci świadczyła też spadająca gwiazda.

Śmierć wyobrażano jako kościstą kobietę z kosą, nakrytą prześcieradłem lub jako kościotrupa. Być może, ten wizerunek został rozpowszechniony przez wiszące w kościołach "tańce śmierci", przedstawiające procesje ludzi wszystkich stanów prowadzonych przez śmierć do grobu.

Uważano, że śmierć w święto Matki Boskiej, w dniu św. Józefa patrona dobrej śmierci i św. Barbary ułatwia zbawienie. Lekką śmierć mieli ludzie pobożni, a ich dusze przybierały postać gołębi. Ludzie źli, czarownice i czarownicy mieli śmierć ciężką, ich dusze zamieniały się w czarne ptaki: kruki i wrony. Po śmierci dusze nie odchodziły całkiem ze świata żywych. Odwiedzały domy w Zaduszki, Boże Narodzenie i Wielki Czwartek.

Matki karmiły osierocone niemowlęta, gospodarze pomagali w doglądaniu dobytku.
Dusze ludzi potępionych miały też między żywymi odprawiać pokutę, dusze dzieci nie chrzczonych unosiły się w powietrzu i prosiły o chrzest.

Człowiek powinien odejść z tego świata świadomie, przytomny. Gromadziła się wokół niego rodzina i sąsiedzi i wspólnie się modlili. Często dopiero na łożu śmierci spisywano testament. Do umierającego zwracano się ze słowami pojednania i podzięki, a on błogosławił każdego i żegnał się z rodziną. Gdy zaczynał tracić przytomność wkładano mu do rąk zapaloną gromnicę. Jeżeli agonia przedłużała się wyciągano konającemu poduszkę spod głowy albo ustawiano łóżko pod środkowym tragarzem. Rusini w Lubaczowskiem wyrywali kiczki z dachu, otwierali drzwi i okna by dusza mogła opuścić ciało. W XIX w. konającego układano na słomie rozłożonej pod tragarzem. Wierzono, że dusza opuszcza ciało ustami i pozostaje przy nim przez trzy dni, wtedy zmarły wszystko widzi i słyszy. Łemkowie stawiali na stole talerz z czosnkiem i solą, żeby dusza się pożywiła a na oknie naczynie z wodą, żeby mogła się wykąpać i napić. Zmarłemu zamykano oczy, często kładąc na nie monety Po śmierci zasłaniano, bądź odwracano do ściany lustra żeby zmarły nie pozostawił odbicia albo żeby dusza zmarłego nie spojrzała w nie, bo zawróci, nie będzie mogła opuścić ciała. Zatrzymywano zegar żeby już godziny nie szły i zmarły leżał w spokoju.

Ciało mył zwykle ktoś starszy z rodziny. Wodę wylewano na jałową ziemię. Zwłoki układano na "grobowej desce", ubrane w białą płócienną odzież, bez butów. Panny i kawalerów chowano w strojach ślubnych, panny z wiankiem na głowie. W Krośnieńskiem kobiety chowano w tym stroju, który miały na sobie podczas "czepienia". Koszulę, w której leżał umierający palono wraz z osobistymi rzeczami. Jeszcze na początku XX w. koszule te wiązano u "bontów" na strychu albo wieszano tam węzełki z odzieżą, wierzono bowiem, że zmarły czasem potrzebuje ubrania i przychodzi po nie.
Do trumny wkładano różaniec, książeczkę do nabożeństwa albo święty obrazek.

Dawano także przedmioty, których zmarły używał za życia lub te, które jak uważano ułatwią mu pobyt na "tamtym świecie": mężczyznom fajki, laski, kapelusze, nawet wódkę, kobietom igły, nici, nożyczki. Pod wypchaną słomą poduszkę wkładano ziele święcone w zielną. W XIX wieku dawano także ziarna wszystkich zbóż. Potem uważano, że może to spowodować nieurodzaj i ludzi, którzy nadal to praktykowali posądzano o czary.
Ciało przez trzy dni leżało w domu. Trumnę, bądź wcześniej, deskę ustawiano na stołkach. Łemkowie pod "mary" wkładali żelazne przedmioty zabezpieczające przed złymi mocami. Słomę, na której zmarł wynoszono na drogę, powiadamiając w ten sposób o śmierci.

Każdy ze społeczności wioskowej miał obowiązek odwiedzić zmarłego. Czuwając przy nim odmawiano różaniec i śpiewano pieśni. W okolicach Krosna spraszano żebraków "dziadów", żeby wraz z rodziną i sąsiadami modlili się za zmarłego. We wsiach ukraińskich w Lubaczowskiem, przy ciele czuwały także płaczki, kobiety z najbiedniejszych rodzin we wsi. Zmarłego można było opłakiwać tylko do pogrzebu, inaczej nie miałby spokoju na "tamtym świecie".

W Cieszanowie rano, w dniu pogrzebu przekazywano z domu do domu piołun zwany "benediktus", a kiedy obesłano wszystkie domy, wkładano go pod poduszkę w trumnie.

Wynosząc trumnę trzykrotnie dotykano nią każdego progu w domu bądź tylko progu drzwi od pola, w miejscach gdzie spoczywały nogi, środek ciała i głowa. Mówiono przy tym "Ostańcie z Bogiem", na co zebrani odpowiadali "Boże prowadź". Pod próg domu wkładano siekierę, żeby do domu nie weszło nieszczęście. Trumny nie wynosili najbliżsi krewni zmarłego, tylko sąsiedzi i znajomi. Przed wyniesieniem zwłok "mówca" wygłaszał "egzortę", w której żegnał zmarłego w imieniu rodziny i najbliższych.

Po wyniesieniu trumny przewracano stół, krzesła i stołki, aby ułatwić duszy opuszczenie domu. Na Zasaniu, w Tarnobrzeskiem, wywracano także wóz, którym wieziono ciało na cmentarz. Nad dolnym Sanem gospodyni szła do stajni, otwierała drzwi i mówiła: Jak za ciebie było, tak i za mnie będzie. U Łemków, po wyniesieniu ciała, żebraczka lub uboga kobieta zamiatała izbę, w której leżał zmarły, a słomę i śmiecie wyrzucała w miejscu gdzie nikt nie chodził. W domu przez tydzień nie wolno było prząść ani mleć na żarnach. W wielu wioskach były miejsca, na których palono rzeczy pozostawione przez zmarłego, a także słomę lub siennik, na którym umarł.

Do wozu wiozącego trumnę nie wolno było zaprzęgać źrebnej klaczy bo urodzi martwe źrebię. Nie należało także używać bata, żeby nie zrobić krzywdy duszy, która przebywa w pobliżu ciała. Furman ruszał trzykrotnie, a w momencie, gdy furmanka wyjeżdżała z podwórza, wlewano do studni garnuszek mleka wierząc, że wpłynie to na mleczność krów.

Zmarłego odprowadzali na cmentarz wszyscy. We wsiach, gdzie nie było kościoła, zatrzymywano się na granicy wsi, przy krzyżu lub kapliczce. Tam następowało "odpraszanie" z mieszkańcami w imieniu zmarłego, a dalej na cmentarz szła tylko rodzina.

W Woli Zarzyckiej jeśli matce umarło pierwsze dziecko, nie szła na pogrzeb albo nie spoglądała do grobu, żeby następne dzieci nie poszły za najstarszym.
U Lasowiaków, po pogrzebie, spraszano biednych lub żebraków na obiady, żeby modlili się za zmarłego. Wyprawiano też stypy w domach albo wszyscy udawali się do karczmy.

Zmarli choć odchodzili do "innego świata", to jednak pozostawali w bliskim kontak-cie ze światem żywych. Opiekowali się plonami i dobytkiem. Ich personifikacją były postacie pojawiające się podczas świąt: drabów, dziadów, słomianych kukieł wieszanych na drzewach a także innych postaci zwanych "mediacyjnymi", których obrzędową rolą było pośredniczenie między światem żywych a światem zmarłych.

 

Posłuchaj audycji . . .

Czary, mary...

Wesele Grodziskie

Lamenty pogrzebowe

O projekcie

Zgromadzony tu materiał urwala ginące dziedzictwo kulturowe Podkarpacia, popularyzuje kulturę ludową oraz zachowuje jej wartości poprzez dokumentowanie i udostępnienie dorobku twórców ludowych.

Zawiera unikatowe nagrania inscenizacji obrzędów związanych z kalendarzem obrzędowym w regionie. Są to zwyczaje w większości już ginące i dzięki realizacji projektu zostaną zachowane dla przyszłych pokoleń.

 

Skontaktuj się z nami